W dniach od 1 do 4 lutego miało miejsce zgrupowanie na Hali Gąsienicowej. Po okresie wysokich temperatur i niekorzystnych lawinowo warunków w końcu przyszło wyczekiwane chyba przez wszystkich uczestników ochłodzenie. Warun był więc niczego sobie – lekki mróz, choć nadal ciepło, trawki trzymały, a podejścia nie okazały się zbyt męczące.

Wyjazd cechował się przejściami klasy raczej turystycznej – dla większości z nas były to albo jedne z pierwszych samodzielnych dróg zimowych, albo nawet pierwsze. Udało się jednak zimowo-przyjemnie powspinać. Wszystkie przejścia były klasyczne – dokładne przebiegi i style prowadzeń poszczególnych wyciągów pozwalam sobie jednak pominąć, odsyłając w razie pytań do uczestników wyjazdu.

Do Betlejemki dotarliśmy we trójkę – Dominik, Konrad, ja – już w środę wieczorem. Pozostali mieli przyjechać dopiero następnego dnia. Tutaj pierwsze zaskoczenie – kuchnia doczekała się remontu! Mamy więc nowe naczynia, lodówkę, warnik. Zmiana zdecydowanie godna uznania.

W czwartek udajemy się na skałkowy wręcz klasyk – Koszałka Opałka na Progu Grzędy Kościelcowej. Zerowe podejście, brak większych trudności, możliwe zjazdy – w sam raz na pierwszy dzień.

Drogę zaczynamy rysą z Epidemii, co pozwala uniknąć koszałkowych trawników, raczej niezbyt zachęcających. Na trzecim wyciągu podejmujemy, jak się okaże, błędną decyzję. Zamiast iść według schematu, do dudniącej płyty, naszą uwagę przykuwa atrakcyjnie i lito wyglądająca ścianka nad hakiem. Próba wyjścia nią kończy się jednak lotem prowadzącego razem z dość sporych rozmiarów głazem – przenosimy stanowisko, odzyskujemy dziabę, i kontynuujemy już oryginalnym wariantem. Drogę kończymy ostatnim wyciągiem Pieskiego Popołudnia.

W piątek rozdzielamy się – Konrad dołącza do przebywających w okolicy Marcina i Przema. Zespół wybiera się na Prawe Żebro na Granatach. Dobre warunki pozwalają na przejście głównie letnimi wariantami.


Ja z Dominikiem przechodzimy umiarkowanie ciekawe Warianty kursowe na Buli pod Kotłem Kościelcowym. Nasz wariant, poza początkową ścianką z rysą, jest raczej turystyczny. Później robimy jeszcze pierwszy wyciąg Kochańczyka, po którym decydujemy się na zjazd, za chwilę będzie już ciemno. Schodząc spoglądamy co jakiś czas w stronę Granatów. Światła czołówek są coraz niżej, widzimy więc, że nasi koledzy też przeszli już do zjazdów.

Anton z Radkiem przechodzą Potoczka na Czubie nad Karbem. Po skończeniu drogi schodzą przez Pojezierze.

W sobotę warunki mają się pogorszyć. Zapowiadany dość mocny zachodni wiatr (bez opadu) sugeruje raczej wschodnie, spokojniejsze wystawy. Nad stawem nic nie widać, delikatnie błądzimy w poszukiwaniu startów dróg.
Anton, Konrad i Radek idą na komin Muchy, przechodząc dwa wyciągi przyjemnego lodu. Drogę przechodzą drugi raz, poza Konradem, który wybiera relaks w Betlejemce.

Dominik i ja idziemy na Głogowskiego na Czubie nad Karbem. Śniegu na podejściu jest całkiem sporo, dlatego startujemy zacięciem z lewej. Ciekawy trawers, a następnie parę metrów łatwiejszego terenu doprowadza pod końcowy kominek, miejsce, gdzie rzeczywiście trzeba się chwilę zastanowić i dobrze poustawiać. Drugi wyciąg jest trochę łatwiejszy, przedłużamy go, budując stanowisko już nad kolejnym, V-kształtnym zacięciem. Reszta drogi nie wyróżnia się niczym szczególnym – będąc na wielkiej półce przez chwilę przyglądamy się zacięciu z drogi Niemca, postanawiamy jednak zostawić je na inną okazję i wychodzimy na szczyt dwójkowym terenem. Wieje i pada marznący deszcz. Schodzimy do Karbu i też wracamy przez Pojezierze.

Niedziela zapowiada się nieciekawie. Przez większość dnia ma padać śnieg, a wiatr ma być jeszcze silniejszy. Po trzech dniach wspinania nie chce mi się już wychodzić w takich warunkach, zostaję więc w Betlejemce. Jak się okaże, do południa wcale nie napada zbyt wiele, przez chwilę wyjdzie nawet słońce.

Konrad z Dominikiem wcześnie rano wychodzą na drogę Klisia, przechodząc ją sprawnie na dwa wyciągi. Chłopaki meldują się w Betlejemce sporo przed umówionym czasem. Anton z Radkiem wychodzą trochę później, ale podmuchy wiatru nad stawem skłaniają ich do powrotu.

Pozostaje jeszcze tylko jakoś upchnąć rzeczy do plecaków i można wracać do Wrocławia.

Podziękowania dla Tomka za sprawy organizacyjne!

Relacjonował Radosław Luter