Wtorek, 28 IV, g.19:00 – prelekcja Pawła Trzęsickiego – zimowy sezon taternicki z imponującą listą sukcesów

Chciałbym podzielić się wrażeniami z ostatniego zimowego sezonu taternickiego, w trakcie którego udało się zarówno solidnie powspinać, ale też solidnie polatać i nie raz, a nawet nie dwa wycofać z drogi


Manewry lawinowe WKW 2026 w Karkonoszach

Sobotni poranek rozpoczęliśmy od solidnej dawki wiedzy teoretycznej. Wykład był niezwykle angażujący – pełen przykładów, odniesień do rzeczywistych zdarzeń lawinowych oraz ich szczegółowej analizy.


Relacja z zgrupowania WKW w Popradzkim Plesie

Od pierwszych dni zgrupowania pogoda i sytuacja śniegowa stanowiły poważne wyzwanie. Wysokie zagrożenie lawinowe wymuszało ostrożne planowanie celów oraz elastyczne podejście do działalności górskiej.


Zgrupowanie WKW - Teryho Chata

Zgrupowanie w Terince 2025, czyli tam i z powrotem.

Zaczęło się tak jak się skończyło. Dwadzieścia par włoskich podejściówek w pośpiechu deptało po śliskich od deszczu granitowych kamieniach. Pomimo dobrej kondycji klubowiczów duże krople letniego deszczu miały wystarczająco dużo czasu, żeby przetestować legendarną wodoodporność goreteksów i zupełnie przeciętną wodoodporność ścioranych plecaków. Ale koniec od podobnego początku dzielił tydzień. Tydzień, w którym wydarzyło się sporo dobrego.

W deszczową sobotę po południu, wieczorem, a niektórzy nawet późno w nocy, dotarliśmy do Chaty Tery’ego zwanej Terinką, niewielkiego schroniska w słowackiej części Tatr w Dolinie Małej Zimnej Wody.  Jako Wrocławski Klub Wysokogórski zajęliśmy dwa pokoje, czyli większość wszystkich miejsc noclegowych i  mieliśmy przyjemność gościć Krzyśka z KW Warszawa i Marcina z KW Kraków.

Intensywny zapach zupy czosnkowej, którym przywitało nas schronisko, zapowiadał mocne wrażenia kulinarne w rozpoczynającym się tygodniu. Do końca pobytu na stołach królowały węgle i nasycone kwasy tłuszczowe oraz wegańskie parówki. Warzyw nie uświadczyliśmy. Ale schronisko to przecież nie tylko budynek czy kuchnia. To także ludzie. Posiłki w okienku wydawała ciut naburmuszona Słowaczka. Reszta ekipy też nie zachęcała do nawiązania bliższej znajomości. Odtwarzali za to całkiem dobrą muzykę, więc pałaszowaliśmy kapustovą polievkę i vyprážaný syr w rytm czechosłowackiego punkrocka i latynoskich hitów. Pod koniec tygodnia ekipa się zmieniła. Sympatyczny Słowak z krasnoludzką brodą zaskoczył nas przynosząc zamówione posiłki do stołów, a reszta załogi umilała sobie czas na różne sposoby, co podpatrywaliśmy przez wspomniane okienko. Niestety w głośnikach zaczęło przeważać disco.

Od niedzieli wszyscy dzielnie ruszyli zdobywać okoliczne szczyty, kopy i turnie. Padły pierwsze OS-y, spadły pierwsze karabinki, w ścianach zostały pierwsze szpeje. Wybierane były głównie drogi polecane przez Damiana Granowskiego i Andrzeja Climbera. Później jednak niektórzy stwierdzili, że ten pierwszy to tak nie do końca się zna. Poniedziałek zakończył się z hukiem, choć na szczęście było jak w Śródziemiu. Wszyscy poszli tam i wszyscy wrócili z powrotem. Tego dnia porządnie się zgrupowaliśmy. Po południu osiem zespołów WKW działało jednocześnie na południowej ścianie Baranich Rogów. Nie było to planowane. Tak wyszło. Ktoś przyszedł później, ktoś wcześniej, jedne zespoły szły szybciej, inne w trójce niesłuszne nazywanej „szybką”, ktoś kogoś przyblokował na stanowisku, ktoś już zjeżdżał. Około piętnastej niektórzy zaczęli słyszeć dziwne skwierczenie a chwilę później, niczym grom z jasnego nieba, huknął grom z jasnego nieba. Huknął całkiem blisko. Po chwili zaczęła się burza a rzęsisty deszcz zamienił zacięcia w ścianie w niemałe rzeczki i wodospady. Z góry oprócz kropli deszczu zaczęły spadać również klubowe przyrządy zjazdowe. Część zespołów była już w okolicy szczytu, zeszli normalnym zejściem przez Baranią Przełęcz, część uciekła ze ściany rampą wyprowadzającą w prawo z trzeciego stanowiska „Trzech Kamratów”. Część zjechała. Ostatnie zespoły, przemoczone do suchej nitki,  dotarły do schroniska około godziny dwudziestej. Nauczyliśmy się, żeby zawsze zabierać ze sobą podejściówki i żeby częściej patrzeć na prognozy, nawet jeśli te nie zawsze się sprawdzają. Kilka osób zapamięta też, że pierwszy grzmot powinien być wystarczającą zachętą do ewakuacji i nie warto czekać na drugi.

Rozmowy o pogodzie, prognozach i modelach meteorologicznych towarzyszyły nam do końca zgrupowania. Wspomagaliśmy się nawet pomocą czata GPT, który stwierdził, że jedna z popularnych prognoz górskich nie nadaje się w góry z racji słabej rozdzielczości ;).

.

W następnych dniach padały kolejne przejścia. Mocniejszcze zespoły robiły po dwie drogi dziennie, co przypłaciły nie raz powrotem w deszczu. Na szczęście burze nie towarzyszyły nam już w górskich przygodach. Cały czas się uczyliśmy. Okazało się, że warto mieć w zespole dwa jebadełka, że jeśli na trójkowy zespół mamy dwa radia to jedno powinien zabrać prowadzący, że warto zadbać o jak najmniejsze przesztywnienie liny a chwyty trzeba ostrożnie odkładać na miejsca. Nauczyliśmy się również, że puszczenie przodem pewnej mocnej zawodniczki, która pozdejmuje pajęczyny z drogi, wpływa pozytywnie na udane przejścia kolejnych zespołów. Były bloki, były wycofy, odnalazło się trochę zgubionego szpeju. Do porządnego lotu nikt się nie przyznał więc może do takiego nie doszło.

Czwartek został nam zaplanowany przez pogodę jako dzień restowy. Od środowego wieczoru porządnie lało a wiatr wiejący ponad sto kilometrów na godzinę zadbał żebyśmy nie wyściubiali nosa ze schroniska. Leniwa restowa zmuła była przeplatana posiadówkami i socjalizowaniem się. Dziewczyny dały pokaz zdolności autoperkusyjnych a w rozmowach nadal dominowała pogoda. Czy skończy padać? A czy wyschnie? A czy przewieje? A w której prognozie patrzyłeś? Bo u mnie pokazuje co innego.

W piątek wszyscy wstali i wyszli wcześniej żeby zdążyć powspinać się i wrócić do schroniska o ludzkiej porze. Jeden zespół znalazł szczęśliwie żółtego frienda zgubionego na samym początku zgrupowania. Grzecznie czekał osadzony w skale. Piątek wiele osób uznało za najładniejszy widokowo dzień. Przewalające się nisko chmury i wstające z dolin mgły, w połączeniu z pojawiającym się czasami słońcem, pokazały Tatry z pięknej strony.

Najpopularniejszą drogą zrobioną na tym zgrupowaniu przez prawie wszystkie zespoły była droga Motyka-Sawicki na Małym Lodowym Szczycie. Wszyscy uznali ją za ładną, choć miejscami trudną w swoim stopniu piątkę. Droga rzeczywiście oferuje ładne wspinanie po nietypowych jak na granit wymyciach, czujny trawers na początku trzeciego wyciągu i ładną odstrzeloną płetwę w jego połowie. Padło też kilka mocniejszych przejść. Kilka zespołów urobiło Indiánske Leto (VII-) na Baranich Rogach z czujnym skradaniem po połogu w kruksie. Kilka zrobiło Všetko v poriadku (VI+/VII-) na Małym Lodowym Szczycie. Na tej samej ścianie Agnieszka zapisała się w historii taternictwa prowadząc Spomienka na Magnusa (VII+/VIII-) nowym wariantem. Część z nas zrobiła na tym wyjeździe swoje najmocniejsze przejścia taternickie. Może nie będą o tym pisać na wspinanie.pl, ale jak to mówią: „każdemu jego… cesta”.

Powiększyła się więc w kapowniku lista zrobionych dróg, a jeszcze więcej przybyło dróg do przejścia w przyszłości. Lista szpeju do kupienia też się nieco rozrosła i jak zwykle przekracza budżet. Zarówno dobre przejścia jak i niepowodzenia wzmocniły postanowienia treningowe, więc można się spodziewać kolejnych sukcesów w niedalekiej przyszłości. Trzeba jeszcze tylko wyprać ciuchy i najeść się warzyw po schroniskowej diecie.

A skończyło się tak jak się zaczęło. Dwadzieścia par firmowych podejściówek szybko choć ostrożnie pomykało w dół po mokrych od deszczu granitowych kamieniach. A letni deszcz ponownie sprawdzał czy kurtki zostały dobrze zaimpregnowane.


Jasiek


Relacja ze zgrupowania WKW na Hali Gąsienicowej

Ich niezłomna wiara warta jest odnotowania, bo jeszcze dwa tygodnie przed rozpoczęciem zgrupowania TOPR wydawał komunikaty lawinowe


Warsztaty z autoratownictwa – 24–25.05.2025

Wszyscy uczestnicy zgodnie podkreślają, że był to niezwykle wartościowy weekend – pełen nowej wiedzy, praktycznych umiejętności, ale też śmiechu i dobrej energii. Choć każdy z nas wolałby nigdy nie musieć wykorzystywać tych technik w realnych sytuacjach…


Zimowe zgrupowanie na Hali Gąsienicowej dla początkujących

W dniach 19-22.01.2025 odbyło się zgrupowanie, w którym udział wzięło 14 klubowiczów. Rejon Hali Gąsienicowej idealnie wpisał się w formułę zgrupowania, jest to idealne miejsce do rozwoju i nabierania zimowych doświadczeń oraz stawiania pierwszych kroków w rakach i wbijania dziab w trawki.

Mimo nieoptymistycznej prognozy pogody, zostaliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni – warunki śniegowe były dobre, a niebo przez cały czas zachwycało nas swoim błękitem.

Wieczorami odbywały się wykłady – m.in. klubowego kolegi instruktora Krzyśka Zabłotnego na temat budowy stanowisk oraz przydatnych pro-tipów.

Wyjazd, mimo że dla początkujących, okazał się bardzo owocny w liczbę przejść, których wykaz zamieszczamy poniżej:

Zgrupowanie na Hali Gąsienicowej było niezwykle udane – udało nam się przewspinać wiele dróg, a uczestnicy zdobyli cenne umiejętności i doświadczenie w zimowej wspinaczce wysokogórskiej. Dziękujemy wszystkim za udział i do zobaczenia na kolejnych wyprawach!

Michał Truty


Lodowiec Stubai – pełnym gazem na krawędzi

Na fali pozytywnych wibracji przyjętych od Przemka Jezierskiego w trakcie warsztatów skiturowo-lawinowych podczas inauguracji sezonu zimowego WKW na Szrenicy, udało się zawiązać grupę, która w dniach 12-18 stycznia wybrała się na Lodowiec Stubai. Wyjazd był skierowany do średniozaawansowanych narciarzy, a naszymi głównymi celami było poprawienie techniki jazdy poprzez ćwiczenia na stoku, przeniesienie tej techniki z trasy w teren oraz podniesienie umiejętności z zakresu wyboru terenu w kontekście zagrożenia lawinowego. Czy te cele udało się zrealizować? Tutaj o zdanie powinniśmy poprosić samego Przemka, ale informacje zwrotne od uczestników były zdecydowanie na plus! 

W niedzielne popołudnie, po 9h trasy, zameldowaliśmy się w miejscowości Neustift im Stubaital, która była naszą bazą wypadową na lodowiec. Do stacji narciarskiej mieliśmy ok. 20 minut dojazdu i bezproblemowo meldowaliśmy się tam w okolicach 8:30 każdego dnia, tak aby zdążyć na jeden z pierwszych kursów gondoli. Rytm każdego dnia był podobny – na początek porządna rozgrzewka, następnie godzina jazdy indywidualnej, potem część szkoleniowa do 3h, przerwa (z której co niektórzy rezygnowali, żeby skorzystać z puchu poza trasami), dalsza część szkoleniowa i ok. godziny 16 rozpoczęcie ostatniego zjazdu, tym razem już na sam dół.

W trakcie części szkoleniowej Przemo jak obiecywał tak zrobił – cofnęliśmy się do początków, a więc do jazdy pługiem, aby następnie poznać tajniki „basic alpine position”. W trakcie tej części niektórzy z nas odkryli, że kolano niekoniecznie jest stawem zawiasowym i zgina się również do wewnątrz i na zewnątrz, a nie tylko przód-tył. Idąc tym tropem, wciskając bioderko, wycinaliśmy na stoku naszymi krawędziami przepiękne girlandy. W trakcie zajęć Przemek niejednokrotnie zamieniał się w operatora kamery, rejestrując materiał do wieczornej analizy, w trakcie której mógł się nad nami pastwić do woli. Po pierwszym dniu jazdy w ramach zajęć pozatrasowych na tapet wzięliśmy sobie pierwszą pomoc bazując na doświadczeniu Przemka ze szkolenia Wilderness First Responder (pierwsza pomoc w dziczy). Oprócz przypomnienia standardowych podstaw, poznaliśmy parę tricków (np. założenie chusty trójkątnej z odzieży poszkodowanego, którą ma na sobie) oraz zapamiętaliśmy, że wg protokołu postępowania WFR niezależnie od podejrzewanego urazu, nie można zlekceważyć sprawdzenia stanu palców u stóp 😀 . Po trzech dniach walki z naszą techniką (lub jej brakiem), czwartek okazał się być dniem off-piste. Była część poświęcona profilaktyce lawinowej a zdecydowaną większość dnia staraliśmy się spędzić poza wyratrakowanymi trasami – niestety warun nie rozpieszczał – było trochę puchu i ciężko będzie to przełożyć na tatrzańskie betony czy karkonoską lodoszreń łamliwą 😉 .

Sytuację poprawiały gdzieniegdzie muldy i wystające kamienie, dzięki którym tego dnia w ramach zajęć wieczornych poznaliśmy podstawy serwisowania nart – począwszy od uzupełniania ubytków w ślizgu, przechodząc przez ostrzenie krawędzi i kończąc na smarowaniu. Wracając do techniki poruszania się na stoku, w drugiej części tygodnia dotarliśmy do krótkiego skrętu, a nawet śmigu! Wniosek z tej części: przy krótkim skręcie najważniejsze to pamiętać, że każdy skręt może być naszym ostatnim 😀 .

Dla nas jako uczestników szkolenia, chyba najlepszą nagrodą było to, że na koniec dostaliśmy informację, że jest dla nas nadzieja w tym sporcie! W wielkim skrócie: Przemek spisał się wyśmienicie w roli instruktora, każdy z nas zanotował progres, część z nas po raz pierwszy poczuła moc jazdy na krawędzi i wyjechaliśmy ze Stubaiu głodni kolejnych dni na nartach. Do następnego!

Z klubowym pozdrowieniem, Melepety Team (Agata, Angie, Beti, Milena, Damian, Kuba, Marek) i młody, perspektywiczny instruktor Przemysław Jezierski.

PS Specjalne wyrazy uznania dla Beaty, która trzeciego dnia w trakcie upadku uszkodziła kciuk. Dopiero po powrocie do Polski okazało się, że jest złamany. Szybkiego powrotu do zdrowia i formy!


Rich na "Pattinagio artistico" WI3

Cogne – nie tylko pizza i kawa [relacja]

W dniach 18.01-26.01.2025 w Dolinie Aosty we Włoszech działała liczna ekipa WKW. Celem wyjazdu był rejon Cogne, który oferuje około 150 lodospadów.

Jest to jeden z najbardziej cenionych regionów do wspinaczki lodowej we Włoszech, a także w całej Europie. Rejon charakteryzuje się pięknymi, naturalnymi lodospadami, które przyciągają wspinaczy z całego świata.

Walory wspinaczkowe Cogne to m.in. szeroki wybór dróg lodowych o różnych stopniach trudności, różnej długości i powadze – od jednowyciągowych dróg do przeszło 600m alpiniad bez łatwego wycofu. Każdy wielbiciel kręcenia śruby znajdzie tu coś dla siebie.

Dodatkowo umiejscowienie w sercu Alp oznaczało malownicze widoki i… nieskończone ilości pizzy i kawy.

To co piękne, często rodzi się w bólu. Tak też było tym razem. Od początku walczyliśmy z różnymi przeciwnościami. Roszady w składzie przeprowadzane w ostatniej chwili i bagaż, który nie doleciał, to tylko niektóre z nich.

Determinacja była jednak spora. Ostatecznie nic nie mogło powstrzymać towarzystwa, żeby sobie coś „dziabnąć”.

Decydujemy się na podróż samolotem i wypożyczenie aut na miejscu. Od lotniska do Cogne jest około 2,5-3h jazdy.

Do naszej bazy noclegowej docieramy na raty. Cześć ekipy leci z Wrocławia, cześć z Krakowa, a część z Berlina. Największa gromada dociera grubo po 2:00, niestety bez jednego bagażu, który zaginął.

Następnego dnia zarządzamy późniejszy start. Różnorodność dróg (i wystaw) pozwala na bezpieczne działanie praktycznie o każdej porze dnia. Warunki zastane na miejscu są bardzo dobre. Mało śniegu i generalnie sporo lodu, chociaż później okaże się, że nie wszystkie lody będą w idealnych warunkach.

Ruszamy na wspinanie, a Andrzej… do wypożyczalni sprzętu. Na szczęście udaje mu się pożyczyć wszystko co niezbędne, a brakujące części wyposażenia dobiera od innych Klubowiczów.

Już pierwszego dnia padają zupełnie mocne przejścia – Wojtek z Agnieszką robią „E Tutto relativo” za WI4, a Rich z Porno – klasyk klasyków – “Patri”, wariantem za WI4+

Później już jest tylko lepiej.

Andrzej z Łukaszem przechodzą „Hard ice in the rock”, najłatwiejszym wariantem za WI4. Droga ma niebanalne dojście i start, przez co jest bardzo rzadko chodzona.

Najmocniejsze przejścia to “Tuborg” za WI5, który pada łupem Agnieszki i Wojtka, a także dzień później Porno i Richa.

Warto zaznaczyć, że na swoim lodowo-debiutanckim wyjeździe Profesor przechodzi “Candelabro del Coyote” za WI4+.

Ponieważ tydzień ma niewiele dni, staramy się wspinać bez wytchnienia i bez restu..

Ostatniego dnia, Rich i Łukasz przechodzą jeszcze “Lillaz Gully” (WI4/M4) co jest odpowiednio 6 i 7 drogą zrobioną dzień po dniu.

Poza wspinaniem korzystamy z uroków życia w Italii. Wieczorne rozmowy i wymiany doświadczeń, urozmaicone są pizzą i lampką wina.

W przeddzień wyjazdu, Agnieszka pokazuje kulinarne oblicze i z okazji swojego święta raczy nas przepysznym, domowym ciastem.

Ostatniego dnia Dolina Aosty żegna nas gęstymi opadami śniegu. Z żalem opuszczamy gościnne progi pensjonatu Les Nigritelles, ale tylko na chwilę… Widzimy się już za rok!


Łukasz

DatazespółDrogaWycenaZrobioneUwagi
19.01.2025Lidźka, Profesor, ŁukaszL’ AcheronteWI3Nie zrobioneWycof przed ostatnim wyciągiem ze względu na późną porę
19.01.2025Wojtek, AgnieszkaE tutto relativoWI4Zrobione
19.01.2025Gosia, AndrzejPatriWI3ZrobioneI wyciąg
19.01.2025Porno & RichPatri Gauche / Candelone di PatriWI4 / WI4+Zrobione
20.01.2025Andrzej, Profesor, ŁukaszPattinaggio artisticoWI3+Zrobione
20.01.2025Lidka; Porno&RichPattinaggio artisticoWI3+Zrobione
20.01.2025Wojtek, AgnieszkaPatro Gauche z końcówką Candelone di Patri Wi4+Wi4/ wi 4+Zrobione
20.01.2025Gosia, CristobalCascata LillazWI3ZrobioneIII i IV wyciag
21.01.2025Andrzej ŁukaszCascata LillazWI3ZrobioneTylko górne wyciągi w warunkach
21.01.2025Lidźka, ProfesorCascata LillazWI3ZrobioneTylko górne wyciągi w warunkach
21.01.2025Gosia, CristobalPatriWI3+ZrobioneI,II,III wyciąg
21.01.2025Wojtek, AgnieszkaCascata di LillazWi3Tylko górne wyciągi
21.01.2025Porno & RichMonday MoneyWI4Zrobione
22.01.2025Andrzej ŁukaszHard Ice in the rockWI4Zrobione
22.01.2025Lidźka, ProfesorValmianaWI3+Zrobione
22.01.2025Gosia, CristobalStella ArticeWI4ZrobioneI wyciag
22.01.2025Wojtek, AgnieszkaCandelabro del coyoteWI4+Zrobione
23.01.2025Porno & RichCandelabro del CoyoteWI4+Zrobione
23.01.2025Andrzej ŁukaszChandelle LevureWI4Zrobione
23.01.2025Lidźka, ProfesorChandelle LevureWI4Zrobione
23.01.2025Gosia, CristobalE tutto relativoWI4Zrobione
23.01.2025Wojtek, AgnieszkaTuborgWI5Zrobione
24.01.2025Porno & RichTuborgWI5-Zrobione
24.01.2025Wojtek, AgnieszkaChandelle LevureWI4pierwsze 3 wyciągi
24.01.2025Profesor, ŁukaszCandelabro del coyoteWI4+Zrobione
24.01.2025Gosia, CristobalCandelabro del coyoteWI4+Zrobione
25.01.2025Rich, ŁukaszLillaz GullyWI4/M4Zrobione


Taghia – Yosemite północnej Afryki, czyli relacja Martyny i Krzyśka.

Wszystkie drogi prowadzą do Azilal

Wszystkie drogi prowadzą do Azilal

Afrykańskie Yosemity. Choć mi bardziej pasuje określenie Mekka wielowyciągowego wspinania. Miejsce uznawane przez wielu wspinaczy za najlepsze na świecie do długiego, sportowego wspinania. Jak policzyłem z przewodnika mamy tu prawie 80 kilometrów dróg wspinaczkowych.  To położona na południowych zboczach Atlasu Wysokiego Taghia. 

Jeśli chcemy się tam dostać lokalnym transportem to na pewno nie ominiemy Azilal. Takie polskie Koluszki. Na dworcu autobusowym, który takowym jest tylko z nazwy, bo nie ma tu żadnych autobusów, jest budka z dyżurnym, który przydziela pasażerów do Grandes Taxi. Najwięcej jest sześcioosobowych pickupów Dacii. Rozkładu jazdy nie ma. Gdy uzbiera się komplet pasażerów ruszamy w drogę. W kierunkach takich jak Ouzude, Beni Mellal czy Marakech dzieje się to bardzo szybko. Do oddalonego stąd o 90 kilometrów Zaouiat Ahansal, które jest ostatnią miejscowością przed Taghią jest jednak trudniej. Jest jeden chętny, Ja i Martyna to już trójka. Kierowca który ma nas wieźć podchodzi do mnie i daje mi telefon. Miła dziewczyna mówi mi, że właśnie dojeżdża z Marakechu i tłumaczy, że jeśli chcemy dojechać dzisiaj to musimy rozważyć zapłacenie za dwie brakujące osoby. To 5 euro za osobę więc praktycznie nie ma się nad czym zastanawiać, ale mówimy, że jeszcze z godzinę możemy poczekać.

Chafia

Chafia świetnie mówi po angielsku, co w Maroku gdzie po arabskim drugim językiem jest francuski wcale nie jest  takie częste. Właśnie wraca z Marakechu, gdzie pracuje jako przewodniczka nie tylko po mieście, ale i całym południowym Maroku. Merzuouga, Todra Gorge, góry Atlasu to jej miejsca pracy. Gdy dowiaduje się, że jedziemy do Taghii na wspinanie, pyta czy znamy Alexa Honnolda takiego  wspinacza z Ameryki Oczy jej lśnią  gdy opowiada o jego wizytach, przy których również pracowała. Pyta czy planujemy wejść na Ighil Makun, trzeci najwyższy szczyt Atlasu, który znajduje się w tych okolicach. Jego wysokość to 4071 metrów,  niecałe 100 metrów mniej niż najwyższy Toubkal. Kto wie?

Po godzince gdy nikt się nie zjawia, dopłacamy kierowcy 100 dirhamów i ruszamy w kierunku Zaouiat Ahansal.

Chafia uświadamia nas, że i w odległym Atlasie czas nie stoi w miejscu. Sławetne osiołki na których pokonywało się ostatni 10 kilometrowy odcinek do wsi Taghia, już nie dźwigają bagaży wspinaczy i turystów. Od niedawna jest porządna droga, którą pokonują nie tylko jeepy, ale i osobówki i kampery. Radzi nam wysiąść przy restauracji Atlas, tam na pewno znajdziemy chętnego do podwózki do naszego celu. 200 dirham.

Pod Matterhornem Atlasu

Pierwszy szczyt jaki widzimy w dolinie to Oujdad, który mi od razu kojarzy się z Matterhornem, może trochę mniej smukły, jakby więcej zjadł, ale kopuła szczytowa bardzo podobna. Przed samą wioską widzimy już całą dolinę, z prawej strony wzrok przyciąga masyw Tuyatu to na nim są najdłuższe drogi do 800 metrów, z takimi klasykami jak Babel, czy „polska” Fantazja wytyczona przez Dawida Kaszlikowskiego i Elizę Kubarską w 2005 roku. 

Gite – translator Google tłumaczy nam to słowo na Domek. W Taghii jest ich około dziesięciu, to miejsca gdzie zatrzymują się turyści i wspinacze. Gdy docieramy do swojego, którego gospodarzem jest Ahmed Rezki  już wiem, że będzie fajnie. Duży, otwarty, zadaszony taras z kapitalnym widokiem na ściany, z kilkoma stołami przy których siedzą ekipki Hiszpanów i Francuzów, przemiłym gospodarzem zapowiada udany pobyt. Ahmed codziennie elastycznie dostosowuje się do planów każdego wspinacza i czy to o 6, czy o 9 rano serwuje doskonałe śniadanie, obiadokolacja jest zaraz po zmroku, nie ma jednak problemu jeśli zejdziemy trochę później co w Taghii się zdarza. Niemal każdego dnia widzimy światła czołówek, czy to na końcówkach dróg czy podczas zejścia. W ciągu dnia restowego, Ahmed lub jego dorosłe dzieci częstują wspinaczy chlebem z oliwą oraz herbatą nazywaną w Maroku berber whisky. W Taghii mamy szczyt sezonu, zespołów jest więcej niż się spodziewałem.

La Verdad Absoluta

Paroi des Sources, ściana źrodlana. Tu z masywu Oujdadu biją źródła pysznej wody. Z wioski to najbliżej położone ściany, od ostatnich domów dojdziemy tu w 10 minut. Jesteśmy w Taghii pierwszy raz i chcemy zobaczyć jak to wygląda organoleptycznie. Popatrzeć na ściany, dotknąć skały, wspiąć się i znaleźć cel na pierwszy wielowyciąg. Mi najbardziej podoba się fragment na Ifrigu gdzie obok siebie są pierwsze wyciągi dróg za 7b+, od lewej Fat Guide, Zebda i Susurro Bereber. Długie wyciągi po 40 metrów dają nadzieję, że może być łatwiej. Na Susurro Bereber tak jednak nie jest. 7b+ z ewidentną cruxową sekwencją z pewnością zasługuje na swoją wycenę.

Po wieczornych rozmowach na tarasie u Ahmeda, za polecajką Hiszpanów decydujemy się na drogę La Verdad Absoluta. Pożyczają nam kilka camów, bo droga choć dobrze obita, we fragmentach rysowych tego wymaga.

W drogę wbijamy około 10, po wróżeniu z chmur czy będzie dziś lało. Owszem deszcz i to solidny łapie mnie na stanowisku po drugim wyciągu za 6c+. Gdyby się zaczął parę minut wcześniej, byłoby po stylu OS, bo na słabych stopniach i obłych chwytach byłbym bez szans. Z perspektywy całej drogi ten wyciąg wydał mi się najtrudniejszy, trochę loteryjny, ciężki do kontrolowania. Ulewa ustaje po około 15 minutach. Dochodzi Martyna. Patrzymy jak skała schnie w oczach, ciemniejszych obszarów jest coraz mniej. Życie jest piękne. Spokojnie kończymy drogę w dobrym stylu i dosyć przyjemnym Passage Bereber schodzimy do wioski już przed zapadnięciem zmroku, akurat na kolację.

Link do topo

Na Ifrigu słońce wschodzi dwa razy

Ten pierwszy raz gdzieś około 11, gdy na około pół godziny wychodzi zza Toujdadu, by potem zniknąć za Oujdadem. Mój chwyt w cruxie na Sussuro Bereber pod słońce wydaje mi się nie do zobaczenia. Tak razi. Udaje mi się nieco odchylić do tyłu, widzę go i jakoś sięgam. Pierwszy wyciąg puszcza w RP w którejś tam próbie, chyba czwartej.  Za to w całości, bez pośredniego stanowiska, które jest kilka metrów pod cruxem. W międzyczasie przepuściliśmy trójkowy zespół Hiszpanów. Kolejne wyciągi stawiają opór, Martyna robi mega techniczne 7a w drugiej próbie. Kolejny to przewieszona wyślizgana rysa z okapem, która jest mi pisana. Niestety w drugiej próbie wyjeżdżam ze stopnia i na kolejną wstawkę brakuje już czasu i mocy. Trochę mnie to boli, ale decyzja jest jedna, idziemy dalej. Dla mnie to najtrudniejsze w wielowyciągowym wspinaniu. Dany wyciąg nie leży, wydaje się trudny, a nie można ot tak sobie odłożyć go na kiedyś. Rest też jest dozowany, bo drogę trzeba skończyć, a czas goni. Nieznośna ciężkość bytu. Słońce wychodzi drugi raz, a to oznacza, że nie długo schowa się już do jutra za Kaskadami. Martyna prowadzi dwa ostatnie wyciągi i zjeżdżamy przed zmrokiem.

Link do topo

Polskie drogi

Tadrarate jest dalej. Za starym refugiem, w którym mieszka Ahmed. Inny Ahmed. Żeby tam dojść należy zejść do rzeki, przejść na drugi brzeg i obchodzić Oujdad. Im bardziej zyskujemy wysokość tym bardziej rośnie wschodnia ściana Tuyatu. I dopiero wtedy zaczynamy widzieć jej podstawę w głębokim wąwozie. Tam na jego dnie zaczyna się Babel, klasyk regionu. Polska droga, Fantasia (Dawid Kaszlikowski, Eliza Kubarska, P. Klimek 2005) jest nieco z prawej, wtrawersowuje w ścianę nad wąwozem. To 18 wyciągów i 600 metrów wspinania, z czego 200 to trudności od 7b w górę. Link do Topo

Dalej szlak wznosi się w stronę Oujdadu i po jego wschodnie ścianie wiedzie najbardziej efektowna część Passage Berber, to kamienny kilkusetmetrowy mostek doklejony do ściany. 

W starym schronisku mieszka Ahmed, zaprasza na Herbatę, opowiada o życiu z wyboru na odludziu. o zimie w Taghii, o islamie rozumianym przez niego i o ludziach. Jak na 20 minut powiedział bardzo dużo. Bardzo dobrze wspomina Polaków, z czasów gdy robili drogi na Tadrarate. Wymieniam imiona, Marek, Ola, Grzesiek, Tomek. To było dawno, ale wydaje mu się, że na pewno Tomek  

Dochodzimy pod ścianę. W grocie rozkłada biwak ekipa Hiszpanów, którzy jutro chcą próbować Rouge Berbere. Tę drogę lata temu przeszedł w stylu OS solo Alex Honnold. Na prawo od niej kolejna polska pozycja z wrocławskim udziałem Skylarking 7c. Link do topo

Trochę dalej w wąwozie jest najtrudniejsza polska droga w górach Atlasu, to Widmo 8a+. Link do topo

Pospacerowane, porozmawiane, skóra odrosła, trzeba wracać i wspinać się dalej.

Champions du Maroc

Hiszpanie z naszego „domku” polecili nam tę drogę, mimo, że ich akcja jak powiedzieli to była katastrofa. Droga startuje z rampy, stanowisko jest niżej i  według topo miała to być pierwsza linia po krótkim podejściu tą rampą. Jednak doszła nowa droga, której nie było w przewodniku i w nią wbili. Po dwóch wyciągach gdy nic im się nie zgadzało zaliczyli wycof. 

Wstajemy przed świtem i na poranny azan już jesteśmy w drodze pod ścianę. Pod jakimś większym budynkiem łypią na nas dwa smutne osiołki, to chyba pośredniak. Podejście pod wschodnią ścianę Toujdadu prowadzi żlebem, na który z daleka strach patrzeć. Jednak jak to bywa z perspektywą nie jest aż tak stromo. 

Pod ścianą jesteśmy pierwsi, staramy się być szybcy, żeby wejść w drogę jako pierwsi. Jednak idące za nami zespoły jak się później okazuje mają inny cel.  Na lewo od naszej linii jest najczęściej prowadzona droga w Taghii – Au nom de la reforme.

Pierwszy wyciąg 7a+ idę powoli, magnezji prawie nie ma, droga trochę kluczy to na prawo to na lewo od linii ringów. Staram się trzymać kontrolę, pilnuję każdego miejsca gdzie można pooddychać, szkoda popsuć OS, wyżej robi się łatwiej. Następny wyciąg za 7a prowadzi Martyna. I jak to ona, lubi się podopingować w cruxie, wiem więc gdzie jest trudno Na kolejnym moim 6c+ wychodzi słońce, mieliśmy w związku z tym obawy, bo prognozy już od kilku dni alertują nas o anomaliach, jest cieplej niż zwykle. Jednak na wysokości 2500 to słońce nie dokucza tak jak na dole i wspinaczka, aż do szczytu w słońcu jest samą przyjemnością. Na górnych łatwiejszych wyciągach trochę ostrej skały, ale przy uważnym wspinaniu nie stanowi to problemu. Po końcu drogi na ścianie mamy jeszcze dwa wyciągi granią. Widoki szczególnie na południe w stronę Todry są marsjańskie, bo taki jest Atlas Wysoki na tych wysokościach. 

Ze szczytu jeden zjazd z przygotowanego stanowiska zwozi nas na przełączkę. Dalej po trawersie zejście stromym żlebem, sprowadza nas do wioski o całkiem godziwej porze.

Link do Topo

Pinchito Moruno

Nad ostatnią drogą zastanawiamy się dłużej. Nasze priorytety to minimum 7b, chcemy również żeby była na innej górze. Wybór pada na ścianę Paroi de la Cascade, na drogę Pinchito Moruno. Po trzech szóstkowych wyciągach z wygodnej półki startuje lekko przewieszone zacięcie, wiemy, że to tu będzie najtrudniej. Wspinanie chcrakerem przypomina Big Z z Jerzmanic, tylko tu jest bardziej ślisko. Moja próba OS, kończy się w ewidentnym cruxie. Miało być trudno i jest. W zacięciu ważne jest, żeby dobrze rozstawiać się na nogach na bocznych ścianach, długo wybieram wiec odpowiednie dla mnie stopnie. Chwytów nie ma zbyt wiele, to chyba nawet lepiej. 

Zjazd, 20 minut restu i idę znów. Świetnie pamiętam co mam robić w cruxie, ale spadam na podejściu. Ciężko się nie denerwować. Zjazd. Przewiązanie się. Idę niemal od razu. Tym razem z większą koncentracją. Crux wchodzi bezbłędnie i całkiem łatwo. Uff.

Następny wyciąg 7a idzie Martyna, trudności są już nad stanowiskiem. Najpierw trawers w lewo potem trikowa rynienka, ale wchodzi w pierwszej próbie. 

Pierwotnie planowaliśmy zjeżdżać ścianą. W topo droga kończyła się wyraźnie przed końcem ściany, jednak w ostatnim stanowisku widzimy łatwe dojście do ścieżki. Zjazd drogą, zwłaszcza mocno trawersującymi pierwszymi wyciągami nie zachęcał. Martyna schodzi na boso, ja zsuwam pięty z butów wspinaczkowych i tak schodzimy pod ścianę po buty i kilka innych rzeczy które zostały na dole. 

Cały szlak spod Kaskad jest dobrze widoczny z naszego „domku”, więc i nasze czołówki. Gdy docieramy do Ahmeda, kolacja już na nas czeka.

W marokańskim Tarnie

Ochłodzenie i śnieg w wyższych partiach Atlasu ustaliły nasze plany na ostatnie dwa dni. W rezerwie mieliśmy rozpoznanie i wspin w okolicy Cascade Ouzude największego wodospadu w Maroku. To nowe miejsce do sportowego wspinania. Dwa lata temu polecili nam je lokalni wspinacze z Marakechu. Krótki research w internecie i ustaliliśmy lokalizację. To wielki wąwóz Qued El Abid około 10 kilometrów na północ od miasteczka Ouzude. Z Taghhi przez Azilal do Ouzude dojechaliśmy po części stopem i tak samo dostajemy się w skały do wąwozu. Potencjał wspinaczkowy jest wielki, my wybieramy najlepiej na tę chwilę wyglądający sektor Naïma & Fatiha. 

Pomarańczowy wapień, świetne tarcie, piękne drogi, przepastny wąwóz i meksykańskie pejzaże z kaktusami to zapamiętamy z tego miejsca.

Wszystkich zainteresowanych wspinaniem w Maroku zapraszamy na prelekcję. Będzie przede wszystkim o Taghii, bo ona największa, ale nie zabraknie też opowieści o Todrze i kilku innych miejscach które odwiedziliśmy. Będzie i sportowo i egzotycznie zarazem. O terminie poinformujemy niebawem.