Finał Ligi Tradowej 18-20 październik 2024 w Mniszkowie!

Zapraszamy wszystkich do udziału w tegorocznym Finale Ligi Tradowej WKW

Tradycyjnie już, spotykamy się w Stodole Fundacji Czarodziejska Góra w Mniszkowie, w dniach 18-20 października. Czeka na Was moc atrakcji. Kto był w zeszłym roku, ten wie – tego wydarzenia nie można przegapić.

Program wydarzenia

piątek 18.10.2024od godz. 18.00Przyjazd uczestników i uczestniczek do obiektu.
godz. 20.00Prelekcja: Oswald Rodrigo Pereira – MAD Ski Project 2024: Makalu i Kanczendzonga.
godz. 21.30Integracja przy kominku.
sobota 19.10.2024Maraton Tradowy:
godz. 8.00Otwarcie biura na Przełęczy Karpnickiej.
godz. 8.30Odprawa i wręczenie kart startowych.
godz. 9.00Oficjalny start Maratonu Tradowego (Przełęcz Karpnicka).
godz. 15.30Zakończenie Maratonu Tradowego (koniec czasu na wprowadzenie turni).
godz. 16.30Meta Stodoła Czarodziejska Góra w Mniszkowie (czas na powrót).
Finał Ligi Tradowej:
od godz. 17.00Grill/ognisko.
godz. 18.00Finał Maratonu Tradowego – wręczenie nagród.
godz. 18.30Finał Ligi Tradowej – wręcznie nagród.
Super Finał Ligi Tradowej:
godz. 20.00Rywalizacja w zadaniu specjalnym od Krzyśka Zabłotnego i Wild Country.
godz. 21.30Wręczenie nagród za Super Finał.
od godz. 22.00Integracja i zabawa z DJ.
niedziela 20.10.2024godz. 9.00 -15.00Warsztaty: Autoratownictwo z Krzyśkiem Zabłotnym. Zbiórka: parking pod Schroniskiem Szwajcarką.
godz. 10.00 -16.00Warsztaty: Klinowanie w rysach i przerysach z Michałem Kajcą. Zbiórka: Rudawy, Skała Malinowa.
godz. 10.00 -16.00Warsztaty: Stanowiska asekuracyjne z Tomaszem Klisiem. Zbiórka: informacja u Instruktora.

Zaczynamy w piątek wieczorem. Czekamy na Was od 18-nastej w Mniszkowie. Na ten wieczór zaplanowaliśmy prelekcje, które poprowadzą niezwykli goście i podzielą się z nami swoimi wspinaczkowymi doświadczeniami i przeżyciami. 

Pierwszym prelegentem będzie Oswald Rodrigo Pereira – filmowiec, reporter i himalaista, uczestnik dziewięciu wypraw w Himalaje i Karakorum, autor filmów dokumentalnych i reportaży. Wszedł na pięć ośmiotysięczników bez wspomagania się dodatkowym tlenem. Członek Klubu Wysokogórskiego Sakwa. Podzieli się z nami wrażeniami z „MAD Ski Project 2024: Makalu i Kanczendzonga”, czyli wyprawy z tego roku w zespole z Bartkiem Ziemskim na dwa ośmiotysięczniki, Makalu i Kanczendzongę. Polacy weszli na piąty wierzchołek ziemi 12 maja, bez korzystania z dodatkowego tlenu z butli i bez personalnego wsparcia Szerpów. Bartek Ziemski zjechał ze szczytu na nartach. Oswald dokumentował ten wyczyn filmowo i fotograficznie. 27 maja Polacy stanęli na szczycie Kanczendzongi jako pierwsi w sezonie po samotnym i wyczerpującym ataku. Bartek zjechał z niego na nartach, stając się pierwszą osobą w historii, która tego dokonała. Oswald sfilmował zjazd, po czym rozpoczął 25-godzinne zejście do najwyższego Obozu, zaliczając po drodze nocny biwak.

W sobotę o godzinie 09 startujemy z Maratonem Tradowym, czyli towarzyską rywalizacją, w której zespoły wspinaczkowe będą zdobywać największą liczbę turni w Rudawach Janowickich (turnie, które biorą udział w rywalizacji, będą wyszczególnione i podane w dniu zawodów). Turnie można pokonać najprostszą drogą tzw. “wejściówką” lub drogą tradową, za którą będą przyznawane dodatkowe bonusy punktowe. Wygra zespół, który zdobędzie jak najwięcej punktów. Aby wziąć udział w Maratonie, należy zgłosić zespół oraz opłacić symboliczne wpisowe. Każdy zespół otrzyma mailowo dodatkowe informacje odnośnie rywalizacji. Na mecie, czyli w Stodole na uczestników i uczestniczki będzie czekała sławna zupka regeneracyjna Krzycha. 

To nie koniec sobotnich atrakcji! O godzinie 18 spotykamy się na wręczeniu nagród Maratonu Tradowego, a o godzinie 19 zaczynamy wręczenie nagród za tegoroczną Ligę Tradową WKW. I tu będzie czekała wielka niespodzianka szykowana przez Krzyśka Zabłotnego i utrzymywana w największej tajemnicy, nawet przed samym Zarządem! Warto przypomnieć o dodatkowych nagrodach od naszych sponsorów, które rozlosujemy wśród uczestników i uczestniczek Ligi Tradowej, którzy będą obecni tego dnia w Mniszkowie. Nie pozwolimy Wam szybko uciec do śpiworków. Po głównych wydarzeniach tego wieczora będzie czekał na Was grill pełen smakowitości, integracja przy kominku oraz na parkiecie przy djskich setach. 

W niedzielę dla osób, które będą miały siły i chęci, mamy ofertę warsztatów doszkalających umiejętności wspinaczkowe. Przygotowaliśmy dla Was 4 różne tematyczne warsztaty, które zostaną przeprowadzone przez wykwalifikowaną kadrę instruktorską (można zapisać się tylko na jeden warsztat). Czeka na Was autoratownictwo, klinowanie w rysach i przerysach, budowanie stanowisk asekuracyjnych oraz pierwsza pomoc w skałach. Na każdym warsztacie jest ograniczona liczba miejsc, więc warto pospieszyć się z decyzją. Osoby, które nie wezmą udziału w warsztatach, zapraszamy do wspinania towarzyskiego we własnym zakresie. 

Klikajcie w linki do formularzy zapisów, rezerwujcie sobie weekend z WKW i widzimy się w Mniszkowie! Czekamy i liczymy na Waszą obecność.

Noclegi w Mniszkowie: 

  • łóżko – 24 miejsca. Koszt – 35 zł/osoba/doba 
  • gleba – koszt 25 zł/osoba/doba

Maraton Tradowy: 

  • wpisowe – 30 zł/zespół 

Warsztaty: 

  • Autoratownictwo, prowadzący Krzysztof Zabłotny – max 10 osób, koszt 120 zł/osoba 
  • Klinowanie w rysach i przerysach, prowadzący Michał Kajca – max 10 osób, koszt 120 zł/osoba 
  • Budowanie stanowisk asekuracyjnych, prowadzący Tomasz Kliś – max 10 osób, koszt 120 zł/osoba 

Rezerwacji dokonujemy w systemie rezerwacyjnym WKW.


Z taternickim pozdrowieniem, 

WKW Team 


Nasz męski event pt. „Chłopcy Tradowcy”

Ze względu na słabą aurę rozpoczęliśmy w sobotę, zamiast planowego piątku, co pokrzyżowało plany kilku osobom, które niestety nie mogły do nas dojechać. Powiem tak… żałujcie!

Zakotwiczyliśmy w 9up i agroturystyce u Zwierza – dzięki Panowie za fajny czas! Jak na taki wypad przystało rozpoczęliśmy od imprezy przy ognisku. Niekończące się górskie opowieści, wymiany doświadczeń, same dobre słowa o naszych żonach :-), a potem Zdzichu na gitarze!
Zeszło nam wiec prawie do 2 w nocy…

Poranny warun i nastroje zespołów walczących o „Złote Jebadełko” najlepiej opisuje ich nazwy… „Wszystko pod górkę”, „Zły warun” czy „Skalne glonojady”, to tylko niektóre z nich…

W każdym razie, ogarnęliśmy podział na zespoły i ruszyliśmy do boju. Powiem tak, dało się wspinać, ale nie było szalu:-) i w tym miejscu gratulacje za tradowe przejście za VI.1 dla Zdzicha i Stacha. Podobno ulepili dodatkowy chwyt z magnezji, ale komisja czystości stylu ich uniewninniła 🙂

Wróciliśmy do naszej bazy ok. 18:30, wyłoniliśmy zwycięzców, rozdaliśmy symboliczne dyplomy i ruszyliśmy na obiad do Mammarosy :-). Dwaj najtwardsi zawodnicy, Maciek i Marek, zostali do poniedziałku i w końcu zobaczyli co to słonce:-)

Poniżej wielcy wygrani zawodów o „ Zlote Jebadełko”:
Łącznie wystartowało 7 zespołów dwójkowych lub trójkowych.

I miejsce – „Nie mamy pomysłu na nazwę” – 56,5 pkt.

II miejsce – „Holm Security” – 40 pkt.

III miejsce – „Skalne glonojady” – 34,5 pkt.

Ze swojej strony dziękuję wszystkim za przybycie. Tych, którzy dojechać nie mogli, zapraszam na przyszły rok – męskich wypadów nigdy za wiele :-).

Dzięki dla Zwierza i Maćka!



Piotrek Piotrowski


wkw logo

Regulamin dofinansowywania wyjazdów i wypraw

Ogłaszamy, że w naszym klubie wprowadzamy regulamin dotyczący dofinansowań wyjazdów. Jego celem jest uporządkowanie zasad przyznawania wsparcia finansowego na wyprawy górskie oraz zwiększenie przejrzystości całego procesu.

Chcemy, żeby regulamin dodatkowo motywował naszych członków do podejmowania nowych, ambitnych wyzwań. Dokument można znaleźć na naszej stronie internetowej w zakładce Działalność/Regulamin dofinansowań:

Dostępne środki oraz szczegółowy plan dofinansowań zostaną zatwierdzone później, razem z budżetem klubu na rok 2025. Prawdopodobnie tabela będzie wyglądała tak:

* Obie Ameryki, Azja (bez Kaukazu), Grenlandia – do 2000 zł

* Europa, Kaukaz, Afryka – do 1000 zł

Zarząd powołał komisję do rozpatrywania wniosków, w składzie:

* Marcin Rutkowski

* Krzysztof Zabłotny

* Wojciech Wirkijowski

Informujemy również, że w tym roku (2024) nie ma już możliwości składania wniosków o dofinansowanie.


Zarząd WKW


Zgrupowanie WKW Szałasiska 28.07-04.08 [relacja]

W niedzielę 28 lipca 2024 po południu spotkaliśmy się na parkingu na Palenicy Białczańskiej. Po rozdaniu klubowych koszulek udaliśmy się w górę w kierunku naszego obozu- bazy PZA na Polanie Szałasiska. Na miejscu ciepło przyjął i zakwaterował nas w namiotach taborowy Kuba – człowiek legenda tego miejsca.

Wieczór spędziliśmy wspólnie na integracji i wyborze celów wspinaczkowych na nadchodzący dzień. W poniedziałek zaczęliśmy prężnie działać. Część ekipy poszła na Mnicha, część na Kopę Spadową i dwa zespoły na Grań Żabiej Lalki. Spręż był na najwyższym poziomie, więc wszyscy wrócili ze zdobytymi celami. Szczęście nie dopisało jedynie Maćkowi i Sylwkowi, podczas zejścia doznali urazów nóg, co postawiło pod znakiem zapytania ich dalsze wspinanie podczas tego wyjazdu…

We wtorek znów obudziła nas lampa, więc kto sprawny, ten korzystał z dobrego warunu. I tym razem były zespoły, które wybrały się na Mnicha, Kopę i Czołówkę Mięgusza. Łupem Michała i Borka padło Zacięcie Kosińskiego, a Gosi i Marcina – droga Skłodowskiego.

Wszyscy wróciliśmy w świetnych nastrojach, więc wieczorna integracja udała się wyśmienicie i trwała do późnych godzin nocnych. Środa znów słoneczna! Większość twardo ruszyła cisnąć drogi, a tylko kilka osób zostało w obozie na zasłużony rest lub rehabilitację. Tego dnia Arkowi i Profesorowi udało się zrobić Schody do nieba na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Działaliśmy też na Czołówce Mięgusza, gdzie Kamila z Afro pokonali Greystone, a szybka trójka Marta, Kevin, Dominik – Starek-Uchmański z nieplanowanym kreatywnym wariantem za ok. VII.

Wieczorem śmiechom i pogaduchom nie było końca, tym bardziej, że dołączyła do nas zaprzyjaźniona ekipa, która wspomogła zbolałe osoby profesjonalnymi masażami 🙂 . W czwartek zapowiadane były opady, więc większość grupy postanowiła zrobić rest, którym tak naprawdę zakończyła wyjazd, bo pogoda miała już całkiem popsuć się od piątku.

Tylko Asia i Dominik twardo wybrali się na Czołówkę Mięgusza, gdzie udało się im zrobić kombinację Szarego Zacięcia z Greystone. Na szczęście deszcz zaatakował dopiero w zjazdach 🙂 Pogorszenie pogody i zapowiadane silne opady zmusiły nas do skrócenia zgrupowania, jednak te 4 intensywne dni wspinania i integracji dały nam porządny zastrzyk energii i endorfin. W końcu w Tatrach o 4 pełne dni lampy niełatwo!

Podziękowania dla świetnej ekipy, w której, poza chęcią wspinu, nie zabrakło życzliwości i wsparcia w stosunku do mniej doświadczonych czy poszkodowanych współuczestników. Przebywać z takimi ludźmi to naprawdę czysta przyjemność 🙂

Do zobaczenia za rok!


tekst: Asia Bartel


Uszba – czyli w kraju psów, krów i koni…

Na przełomie czerwca i lipca ekipa WKW w składzie: Aga Kania, Andrzej Sendecki, Piotr Matuszkiewicz i Łukasz Ślęzak, działała na gruzińskim Kaukazie.

Impuls do planowania wyjazdu dała Aga. Szczur poparł pomysł swoim kaukaskim doświadczeniem z wcześniejszych podróży. Rutek, chargé d’affaires doradcy wyprawy, zasugerował możliwości i opcję.

Za główny cel obieramy Uszbę Północną, drogą klasyczną 4696m n.p.m. (rosyjska wycena 4B). Największe wyzwania przed nami to działanie w izolacji, duże połacie relatywnie łatwego terenu w znacznej ekspozycji, długi i uszczeliniony lodowiec, a także zmienna, trudno przewidywalna pogoda.

Ramowy plan wyjazdu został stworzony. Kupiliśmy bilety… i w drogę.

Z Kutaisi podejmuje nas kurier, który ma przewieźć nas do Mestii, pomóc załatwić formalności związane z działaniem w strefie przygranicznej i pomóc w zakupie gazu.

Podróż mija sprawnie. Nierówności gruzińskich dróg i fantazję lokalnych kierowców łagodzimy lokalnymi napitkami.

Na drodze do załatwienia formalności ze Strażą Graniczną staje nam legendarna gruzińska gościnność. Postanawiamy obowiązki odłożyć na dzień późniejszy.

Kolejnego dnia rejestrujemy swoją obecność w lokalnym GOPRze. Nie udaje się natomiast załatwić pozwolenia od Straży Granicznej. Okazało się, że trafiliśmy do niewłaściwej strażnicy.

Od ratowników dowiadujemy się, że na naszej drodze jest jeszcze dużo śniegu. Na razie nie wiemy co to właściwie znaczy. Ja się mocno martwię, że nie mamy rakiet śnieżnych. Później się okaże, że zupełnie niepotrzebnie. Uzupełniamy zapasy i gaz, który bez trudu można dostać w Mestii.

Kolejnego dnia wyruszamy na wyjście aklimatyzacyjne. Celem jest okoliczny 3-tysięcznik – Gul-1.

Z Mestii ruszamy na lekko. Droga wiedzie przez malownicze Jeziorka Koruldi. Do celu docieramy wczesnym popołudniem. Ze szczytu rozpościera się niesamowity widok na Uszbę. Okolice wierzchołka są płaskie, więc bez problemu znajdujemy miejsce na namioty.

Popołudnie i noc spędzone na ok. 3tyś daje nam wstępną aklimatyzację. Rano niespiesznie się zbieramy. Uszba cały czas bacznie nas obserwuje.

Po zejściu do Mestii, dzień odpoczynku schodzi nam głównie na eksplorowaniu lokalnej kuchni.

Następnego dnia przejeżdżamy do Mazeri – wioski, z której rozpoczyna się podejście pod uszbiański lodowiec.

Po drodze załatwiamy formalności na posterunku Straży Granicznej. Nasza obecność zostaje zarejestrowana, dostajemy też papierowe zezwolenie. Wszystko odbywa się w miłej i luźnej atmosferze, niemniej obowiązek jest obowiązkiem. Pozwolenie będzie później sprawdzone.

Zostajemy poczęstowani bardzo dobrymi gruzińskimi słodyczami. Odwzajemniamy się „małpką” przywiezioną z Polski.

Umawiamy z naszym gospodarzem godzinę startu. I jesteśmy gotowi.

Kolejnego dnia rano ruszamy. Plecaki lądują na grzbietach koników, na chwilę udaje się to również Adze.

Początkowo podejście mija szybko. Zatrzymujemy się co chwilę, żeby przewodnik koni – Roman, mógł złapać oddech. Po drodze mijamy post Straży Granicznej. Strażnicy tylko pytają, czy mamy permit. Koniki dowożą nas na ok 2700m, później wory trafiają na nasze plecy.

Wznosimy się żmudnie metr po metrze. Towarzyszy nam przepiękny widok na wodospad Shdugra. Plecak ciąży, słoneczko praży. Część ekipy decyduje się na założenie ciężkich butów jeszcze przed wejściem na lodowiec. Wszystko po to, żeby się maksymalnie odciążyć.

Lodowiec jest bardzo długi – jakieś 6-7km.

W połowie drogi pierwsza niespodzianka. Na lodowcu nie jesteśmy sami. Mija nas ekipa Basków. Droga klasyczna o tej porze roku jest raczej rzadko chodzona, więc szansa na spotkanie innych zespołów była raczej jak trafienie szóstki w totka… a przynajmniej piątki.

Druga niespodzianka jest mniej niespodziewana. Baskowie zajmują swoimi namiotami platformę, którą my również rozważaliśmy jako potencjalne miejsce biwakowe. Sytuacja jest tym mniej komfortowa, że zaczyna padać deszcz.

Nasz plan, żeby biwakować na wysokości ok 3800m, wydaje się mocno nierealny. Podchodzimy jeszcze kilkaset metrów już w pełnym deszczu i rozbijamy się w pierwszym dogodnym miejscu na lodowcu (ok. 3200m n.p.m.). Rozbijamy się w pośpiechu i próbujemy schronić przed deszczem.

To jest ten moment, kiedy decyzja o tym, żebyśmy z Andrzejem mieli osobne 2-os namioty, wydaje się bardzo trafna. Trochę więcej do niesienia, ale komfort robienia dowolnego bałaganu w namiocie jest bezcenny (zwłaszcza przy mokrych ciuchach).

Po średnio komfortowej nocy (wszystko mokre lub zawilgocone), niespiesznie zbieramy się do dalszej drogi. Zostawiamy duży depozyt i już ze znacznie mniejszymi worami zaczynamy podchodzić.

Nasz cel na dzisiaj to Uszba Plateau na wysokości 4200 metrów. Mamy do przejścia 1000m przewyższenia w trudnym i stromym lodowcu. Początkowo sprawnie nabieramy wysokości.

Im wyżej tym wolniej, głównie przez konieczność ostrożnego przekraczania szczelin lub obchodzenia ich po skale.

Okazuje się również, że lodowiec bardzo szybko dostaje dużo słońca. Końcowe metry wleką się niemiłosiernie. Słońce daje się we znaki, śnieg jest brejowaty. Jeden krok w dół… dwa w górę…

W końcu docieramy na upragnione Uszba Plateau. Miejsce jest bardzo dogodne do biwakowania.

Sprawnie ogarniamy obóz. Reszta dnia upływa pod znakiem gotowania i picia. Poprzez inReach’a dostajemy kolejne aktualizację pogody. Następny dzień zapowiada się obiecująco.

Po zaskakująco dobrze przespanej nocy, zbieramy się do natarcia. Zdecydowaliśmy, że ze startem chcemy poczekać na brzask, tak, aby pierwszych fragmentów drogi nie iść po ciemku. Początek to łatwe, ale bardzo strome pola śnieżno-lodowe.

Baskowie, wystartowali za wcześnie i czekają przy naszych namiotach na pierwsze promienie słońca.

Bez problemów przechodzimy przez Poduszkę i atakujemy pierwsze trudności – Skały Nastenki. Jest to ścianka lodowa wyprowadzająca na małą skalną grań. Lód jest bardzo twardy, przykryty warstwą śniegu.

Prowadzący ma nieznacznie łatwiej, bo bardziej idzie po śniegu niż po lodzie. Z drugiej strony, musi dokopać się do lodu, żeby założyć asekurację. Okazuje się, że tylko Andrzej ma dziabkę z łopatką. Pozostali kopią czym mają.

Po wyjściu z lodu wchodzimy na skalną grań. Grań jest łatwa, ale bez asekuracji… nie mamy friendów.

Sprawnie przechodzimy trudności i zaczynamy wspinać się 70º polami lodowymi. Szybko nabieramy wysokości. Warunki są praktycznie idealne. W międzyczasie otrzymujemy aktualizację pogody. Popołudniu możliwa jest burza. No cóż…  szybciej wspinać się nie da… Będziemy decydować później.

Wyjście z pól lodowych na grań sprawia nam sporo trudności. Teren jest bardziej spionowany, a lód jest bardzo twardy. Główna grań jest już na wyciągnięcie ręki, a tam już będzie dużo łatwiej.

Dość niespodziewanie lód przechodzi w kiepskiej jakości, pudrowaty, przepadający śnieg. Wychodzimy na grań i… mijamy się z wycofującymi się Baskami. Warunki na grani są bardzo słabe. Jest mocno zaśnieżona.

Śnieg jest bardzo kiepskiej jakości, praktycznie uniemożliwiając sprawne i bezpieczne wspinanie.

To jest właśnie ta duża ilość śniegu o której wspomniał ratownik kilka dni wcześniej. Do szczytu mamy teoretycznie tylko ok 200m w pionie, ale grań jest długa. Nad nami wisi również widmo nadchodzącej burzy. Z bólem serca zarządzamy odwrót.

Pierwszy zjazd robimy z szabli, kolejne już z Abałaków. Bez problemów docieramy do Poduszki. Pomimo tego, że nie byliśmy na szczycie, daje o sobie znać zmęczenie.

Namioty widać już w oddali, a przed nami jeszcze jeden łatwy, ale nieasekurowalny odcinek.

Szczęśliwie docieramy do namiotów.

Następnego dnia zbieramy się do zejścia. Po południu ma przyjść załamanie pogody. Okazuje się, że w ciągu ostatnich dwóch słonecznych dni, lodowiec bardzo się zmienił. Miejscami na nowo szukamy przejścia.

Na lodowcu mijamy resztki obozu – prawdopodobnie chorwackiej wyprawy z lat 70-tych. Wspinacze zostali wymieceni z lawiną ze ściany. Dwa ciała odnaleziono dopiero w 2013 roku. Lodowiec niechętnie oddaje to co wcześniej zagarnął.

Perspektywa jedzenia i przysłowiowej „piany” wcale nie przyspiesza zejścia. Wybór drogi przez rumosz jest zdecydowanie mniej wygodny i optymalny w porównaniu z drogą podejściową. Ma to swoje zalety.

Szczur znajduje fantastyczny artefakt – stalowy, rak, pewnie z połowy ubiegłego wieku. Świetna pamiątka.

Zmęczeni docieramy do postu Straży Granicznej. Tym razem musimy pokazać permit. Słowne zapewnienia nie wystarczą. Zostajemy poczęstowani pyszną miętową herbatą i winem. Poczęstunek generuje nowe pokłady sił. Docieramy do doliny, idealnie w czas.

Przy pierwszych zabudowaniach rozpoczyna się burza z gradem, która trwa przeszło godzinę.

Burze na Kaukazie to zupełnie inne doświadczenie.

Teraz praktycznie każdego popołudnia przechodzą intensywne burze. Dla nas to koniec wspinania. Pozostałe dni wykorzystujemy na zwiedzanie i relaks.

Specyfika i powaga działania na Kaukazie jest zupełnie inna niż w Alpach. Na Uszbie trudno trafić w warunki. Na początku lipca, lodowiec i pola lodowe są w relatywnie dobrych warunkach, grań natomiast – w bardzo wątpliwych.

W sierpniu – grań jest skalna, ale pola lodowe są znacznie trudniejsze, a lodowiec jest po prostu loterią.

Wyjazd ostatecznie kończymy „na tarczy”, ale doświadczenia zebrane na pewno zaprocentują. Dla mnie to na pewno przywitanie z Kaukazem, a nie pożegnanie. Jestem pewny, że ekipa już knuje plany na następny sezon.

Bardzo dziękujemy, wszystkim zaangażowanym, za wsparcie, a szczególnie:

Rutek – doceniamy wszystkie wartościowe rady i wsparcie sprzętowe.

Krzysiek – dzięki za prognozy pogody. Bardzo się przydały.


tekst – Łukasz Ślęzak


Zarząd

Moi drodzy! Parę słów o sobie od członków zarządu wybranych w ostatnich wyborach 26.06.2024.

Lidka Daroszewska – wiceprezes zarządu

Hej, jestem Lidka. Moim największym życiowym zamiłowaniem jest spędzanie czasu w naturze – wspinaczka i praca w lesie idealnie się zatem wkomponowały w moją istotę. Uwielbiam być w ruchu, w podróży, zwiedzać nasz piękny Świat, wyszukiwać nowe miejscówki wspinaczkowe, a także opisywać i dokumentować na zdjęciach nasze przygody. Jeśli miałabym wybrać co lubię we wspinaniu najbardziej to wpierw wymieniłabym spędzanie czasu z ludźmi gór, następnie klinowanie wszystkich możliwych części ciała w ryskach, falujące getry na połogach, cudne granie oraz oczywiście powspinaczkowe jedzonko. ❤️

W zarządzie naszego klubu pojawiłam się aby rozwijać wspaniałą społeczność, którą łączą te same pasje i ta sama nieodparta chęć poznawania wszelkich tajników wspinania. Chcę, aby Klub dał Wam to, co sama od niego otrzymałam – niezapomniane przygody, rozwój umiejętności i przyjaźnie do końca życia.

Tomasz Hnat – skarbnik

Obecny skarbnik klubu. Rocznik 1995. Wspinać zacząłem się na studiach w ramach zajęć wf-u, jednak na plastikowych chwytach czegoś brakowało. Jeszcze w tym samym roku dołączyłem do Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego (był to 2017 rok). Od tamtej pory staram się rozwijać pasję jaką stało się wspinanie. W latach 2019-2021 odbyłem kursy taternickie. Bardzo polubiłem zimowe wspinanie i jest to forma tego sportu która sprawia mi najwięcej radości. 

Moim celem jest działalność w górach wysokich, mam na koncie kilka wyjazdów w Alpy. Także w tym kierunku chcę żeby podążał Wrocławski Klub Wysokogórski. Będę do tego dążył, aby moja praca w zarządzie poza bieżącym funkcjonowaniem klubu przyczyniła się do rozwoju klubowiczów właśnie w kierunku działalności wysokogórskiej.

Poza wspinaniem jestem wielkim entuzjastą roweru, a w szczególności długich samotnych wypraw po krajach europy. W wykształcenia fizyk techniczny, pracuję w sektorze energetycznym. Pochodzę z Nysy gdzie obecnie mieszkam wraz z narzeczoną, którą staram się z powodzeniem zarażać wspinaczkową pasją.

Piotr Piotrowski – wiceprezes zarządu

Mieszkam i pracuję pod Wrocławiem. W górach zakochany od dziecka. Dziś wspinam się w Tatrach, Alpach, na Kaukazie, mam za sobą pierwsze Himalajskie szczyty z szerokimi planami na więcej. Najbardziej cenię sobie zimę w górach wysokich. Tata 13-letniego Antka, z którym razem realizuję swoją pasję. W klubie od ponad 5 lat. Pełen życia i energii, którą w pozytywny sposób chcę spożytkować działając aktywnie w Zarządzie WKW!

Julek Korzeń – sekretarz

Ojciec dwóch córek. W klubie od trzech lat. Wspinacz umiarkowany. Na co dzień specjalista od nudnych papierków. W naturalny sposób… sam się prosił do roli Sekretarza.  🙂

Wojtek Wirkijowski – prezes zarządu

Wiele lat temu nie sądziłem, że mógłbym się wspinać, a tym bardziej w górach. Było to dla mnie zbyt ekstremalne, a ja nie jestem typem ryzykanta. W górach ścigałem się w XC MTB, po górach chodziłem.

Wszystko zmieniło się, gdy poznałem Bodzia Kowalskiego i zaliczyłem swoje pierwsze wyjścia wspinaczkowe zimą na Hali. Potem przyszło pierwsze letnie wspinanie na Żabiej Lalce i Zamarłej Turni. Zamarzyłem stać się samodzielny i wspinać się tak jak Ueli Steck na Les Drus w Północnym Kuluarze. Marzenia trzeba spełniać, choć wspinać się tak jak Ueli nigdy nie będę, namówiłem więc kumpli i zaczęliśmy się szkolić. Do taternickiego zimowego z czwórki dotarło nas tylko dwóch. W górach wspinam się dzisiaj już tylko ja.

Z klubem jestem związany od kilku lat, nawiązałem w nim wiele zażyłych relacji, znalazłem partnerów wspinaczkowych. Na swoim koncie mam przejścia zimowe i letnie w Tatrach, Dolomitach, Alpach. Najbardziej lubię wyjeżdżać w rejon masywu Mont Blanc. A kto mnie zna, wie, że na wyjazd do Chamonix nie trzeba mnie długo namawiać.


Sprawozdanie z pracy ekipy wolontariuszy WKW

Chcieliśmy przedstawić Wam krótko sprawozdanie z pracy ekipy wolontariuszy WKW.

WROCŁAW I OKOLICE

Jeszcze przed nadejściem fali, na apel o pomoc w umacnianiu wałów odpowiedziało kilkadziesiąt osób. Nie sposób wymienić wszystkich z imienia ale chcemy powiedzieć, że wykonaliście kawał roboty! Jesteście dowodem na to, że nie każdy bohater nosi pelerynę. Fantastycznym koordynatorem walki na zachodzie Wrocławia okazał się Sebastian. Stabłowice Ci tego nie zapomną!

Uruchomiliśmy zbiórkę darów dla powodzian oraz zbiórkę pieniężną.

Pracowaliśmy w różnych częściach miasta i jego obrzeżach, czasem w kilku miejscach jednego dnia. Ten spręż, ten duch działania był naprawdę niesamowity!

ZIEMIA KŁODZKA

Ostatni weekend upłynął nam pod hasłem „Sprzątania świata” i to określenie jest naprawdę trafne. Tu również byliśmy w kilku miejscach: Stronie Śląskie, Konradów, Lądek Zdrój i okolice.

Nasza bazę pomocową z inicjatywy Paweł Jach, stworzyliśmy u Achy Piotrowicz Góry i Alpinizm – Szkoła Wspinania Aśki Piotrowicz

w Kondradowie, do którego zjechało się pół Polski: Łódź, Poznań, Gdańsk, Wrocław, Bytom, Wałbrzych. Tam rozeznaliśmy sytuację, powstał plan działania i pomogliśmy wielu wspaniałym ludziom. Razem ze Stowarzyszeniem Grupa Ratownictwa Jaskiniowego i GOPR Wałbrzych usunęliśmy powalone na linie wysokiego napięcia drzewa, naprawialiśmy, demontowaliśmy mosty, budowaliśmy nowe przeprawy przez strumienie, oczyszczaliśmy pomieszczenia i podwórka z dziesiątek ton mułu, gruzu i wszystkiego co naniosła rzeka.

Kawał ciężkiej pracy, ale nikt nie narzekał. Kolejny raz pokazaliście ducha walki, tym razem nie w ścianie a z łopatą w ręku.

JELENIA GÓRA I OKOLICE

Pomogliśmy też w Łomnicy. To gmina Mysłakowice, tam gdzie jeździmy w nasze ukochane skały. Szkoły zalane do półtora metra. Ponad 2000 metrów kwadratowych powierzchni do osuszenia i posprzątania. Nasz udział był skromy, w porównaniu z liczbą wolontariuszy na miejscu. Jednak znalazły się wśród klubowiczów skille pomocne i przy tej akcji. Cenna rada dla strażaków by pompować wodę do starej zarośniętej młynówki, o której nie wiedzieli, zaoszczędziła wszystkim dużo pracy. Nie bylibyśmy tam, gdyby nie info z OSP Karpniki. Piękna robota!

Bezinteresowność i zapał do pracy jakim wszyscy się wykazali, jest naprawdę godny wspomnienia o tym. Szacunek

Dziękuję całej ekipie za współpracę w imieniu calego Zarządu WKW.

Pamietajmy, że to nie koniec i pomoc jest i będzie jeszcze długo potrzebna. Dary dla powodzian (sprawdźcie na listach na co aktualnie jest zapotrzebowanie) można dostarczać do klubu w godzinach dyżuru – najbliższy we wtorek 24.09 17:30-18:30.

Możecie wpłacać darowizny na konto klubowe (koniecznie z dopiskiem „ dla powodzian”)

ING Bank Śląski 13 1050 1575 1000 0023 2909 0373

[ZBIÓRKA ZAKOŃCZONA]

Na koniec dodamy jeszcze, że naszą zbiórkę zasilają także osoby spoza klubu. Dziękujemy!

Jeszcze raz dzięki! Tacy ludzie to prawdziwy skarb!

Zespół WKW


Apel powodziowy!

Drodzy Klubowicze!

Powagi sytuacji nikomu nie trzeba przedstawiać. Masa ludzi ucierpiała w wyniku powodzi, a to jeszcze nie koniec. Zarząd klubu zwraca się z apelem do wszystkich klubowiczów o informacje, czy Wam albo komuś z Waszych najbliższych potrzebna jest pomoc. Jeśli są wśród nas takie osoby prosimy o kontakt z władzami klubu!

Sytuacja jak wiecie jest bardzo dynamiczna. Jako klub angażujemy się w pomoc powodzianom. Wszystkie potrzebne rzeczy: suchy prowiant, koce, ubrania, wodę pitną, latarki, powerbanki, śpiwory będziemy zbierać w siedzibie i dostarczymy najbardziej potrzebującym z okolic Kłodzka, Lądka Zdroju, Jeleniej Góry, Karpnik, Trzcińska, itp.

Możecie również wpłacać darowizny na nasze konto klubowe, koniecznie z dopiskiem „POWODZIANOM”. Klub przekaże środki najbardziej potrzebującym:

Wrocławski Klub Wysokogórski

ul. Sokolnicza 40/153-660 Wrocław
Konto: ING Bank Śląski 13 1050 1575 1000 0023 2909 0373
Tytułem: „POWODZIANOM”

[ZBIÓRKA ZAKOŃCZONA]

W weekend organizowany będzie wyjazd do Lądka Zdroju i okolic w celu pomocy w sprzątaniu, przekazywaniu pomocy rzeczowej. Więcej informacji będziemy podawać na bieżąco.

Wszelkie informacje można uzyskać u Piotra Piotrowskiego pod nr tel. 514-348-001.

Uważajcie na siebie!

Zespół WKW


Wspominając Adasia

Adam Gos (fot. Zdzisław Jakubowski)
Adam Gos (fot. Zdzisław Jakubowski)

Po długiej chorobie odszedł Adam Gos. Jeszcze niedawno rozmawialiśmy z nim telefonicznie w czasie rejsu po Mazurskich Jeziorach. Rejsu, na który mieliśmy przecież kiedyś popłynąć…

Odejście Adama uświadomiło mi, że znaliśmy się ponad połowę mojego życia. Pamięć podsuwa obrazy, które staram się na powrót zapamiętać.

Często bywa, że ludzie znają nas głównie z jednej strony. Z oficjalnej działalności, która po latach traci aktualność, z życia prywatnego czy wspólnie realizowanych pasji. Adam był dla wielu kolejno: kolegą z epoki studenckich rajdów, członkiem Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu, partnerem do liny, pszczelarzem czy ratownikiem GOPR.

Miałem to szczęście, znać Adama od lat 70 ubiegłego stulecia. I to zarówno ze wspólnych spotkań w Karkonoszach, wspinaczki, pracy w pasiece odziedziczonej po ojcu, jak z pobytów w słynnej Gosowni na wrocławskim Podwalu.

Gosownia czyli maleńkie mieszkanko Hani i Adama. Gdyby te ściany mogły mówić… Na szczęście zostaje nam jeszcze pamięć. Ta nasza intymna i ta wspólna, która z czasem  każdemu z nas, objawia się inaczej.

Tak wiec z Karkonoszy, przede wszystkim Domek Myśliwski. Jeszcze Almaturowski. Tam prawie weekend w weekend spotykali się młodzi ludzie, których łączyła pasja wędrówki i spędzania czasu w przez siebie wybrany sposób. A że każda z tych postaci, to niezłe indywidua, to zabawy bywały przednie. Dominowały dobre humory i radość bycia razem w górach.

To właśnie w moich rodzinnych Karkonoszach poznaliśmy się z Adamem, na początku lat 70. Jak doczytałem po latach w Księdze Wypraw Sudeckiej Grupy GOPR, braliśmy udział w tej samej akcji poszukiwawczej na zboczach Śnieżki. Adam, jako jeden z grupy studentów wrocławskich z Domku Myśliwskiego. Ja wówczas nawet jeszcze nie kandydat, poszedłem na akcje z tatą, który miał zostać wkrótce naczelnikiem nowo powstałej Karkonoskiej Grupy GOPR. Po latach, już jako ratownicy GOPR, niejednokrotnie pełniliśmy razem dyżury w Strzesze Akademickiej.

Adam Gos (fot. Aleksander Lwow)

Pamiętam jak z Wrocławia jeździliśmy w Skałki, to Adam był niedoścignionym mistrzem pakowania, naszych przepełnionych plecaków w swoim Maluchu. Biwakowało się jeszcze na Przełączce. Znali się wszyscy. I Adam znał wszystkich. Był już instruktorem, lubiłem jego spokój i fachowość podczas wspinania. Zarówno w Skałkach, jak i w Tatrach, gdzie trafiliśmy latem stanu wojennego. Dostaliśmy klucz od dyżurki na Kasprowym Wierchu, delegacje na dyżur, uprawniające nas do pobytu w strefie przygranicznej . Pogoda sprzyjała. Bezludnie, luksus doznania.

Wspomnienia ożywiają fotografie. Bo Adam również świetnie fotografował. Jego przebogate archiwum, to kawal historii górskiego i towarzyskiego życia. Postaci niejednokrotnie wybitnych.

Wraz z odejściem Hani i Adama, zakończył się dla wielu z nas kawal wspólnego życia.

Zapamiętamy, bo przecież tyle nas, co w pamięci pozostałych.

Jacek Jaśko, 5.09.2024


Zmarł Adam Gos

Adam Gos (fot. Aleksander Lwow)

Z głebokim żalem zawiadamiamy, że po długiej i ciężkiej chorobie, dnia 31 sierpnia 2024 roku, zmarł nasz kolega Adam Gos, który przez wiele lat pełnił funkcje szefa wyszkolenia, członka Zarządu, a następnie Prezesa Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu. Był również Honorowym Czlonkiem WKW. Zarząd klubu składa najgłębsze kondolencje rodzinie i bliskim Zmarłego.
Pogrzeb Adama Gosa odbędzie się 11 września 2024 roku o godzinie 14:00 na cmentarzu parafialnym w Brzeziej Łące pod Wrocławiem.