bugaboos 1

Bugaboos

Dzień restowy w Applebee, na drugim planie Snowpatch Spire i Bubaboo Spire. fot. Dawid Sysak

Planując nadchodzący sezon wspinaczkowy długo zastanawiam się nad najważniejszym punktem programu czyli letnim wyjazdem górskim. Po obgadaniu tematu z Dawidem Sysakiem, określamy konkretne założenia wyjazdu i zaczynamy szukać rejonu który spełniał by nasze wymagania. Ma to być wspinanie w granitowych rysach, na przynajmniej kilkunasto wyciągowych drogach co daje minimalnie 500 metrowe ściany. Rejon miałby być na tyle dziki żeby uniknąć tłoku w ścianie, czyli klasyka w postaci Alp i Yosemite odpadła w eliminacjach. Na pełną wyprawę typu Baffin czy Karakorum nie było nas stać czasowo i prawdopodobnie finansowo. Szukaliśmy też czegoś bez ryzyka umoczenia czterech tygodni oczekując w namiocie na okno pogodowe i warun. W skrócie – górski wspin na maksa bez niepotrzebnych zjadaczy czasu i trudnej logistyki.

W tym momencie na pierwszy plan wchodzi kanadyjski rejon zwany Bugaboos perfekcyjnie wpisujący się w nasze wymogi. Granitowe ściany do 900m, lite i mocno spionowane drogi większość wiodąca rysami. Do tego trochę łażenia lodowcami – bliskość podejścia auto-baza. Prosta logistyka pozwala działać z doskoku na zasadzie tydzień-dwa w górach, potem zejście do cywilizacji po zapasy i ładowanie bateryjek na kolejne dni górskiej wyrypy, idealnie! Kupujemy bilety i przez następne miesiące jest pod co ładować w pobliskich Teplicach.

Podróż mija szybko, wraz z Agą i Marcinem ruszamy ich autem z Vancouver i dość bezproblemowo docieramy w okolice Banff. Niedługo później meldujemy się na kempie Applebee. Pełno tu ludzi, tłok jak na taborze w Moku – miało być dziko a są kibelki z zapasem taśmy życia i metalowe skrzynie na zapasy. Są też niezłe ściany na wyciągniecie ręki i widoki też niczego sobie. Na szczęście tłumy poza obozem ograniczają się do kilku łatwych grani i prostszych dróg w okolicy.

Kolejne kilka dni instalujemy się w bazie oraz wspinamy po prostszych klasykach, na rozlez padają krótki McTech (5.10- 4-5wyc.) i przepiękny Sunshine Crack (5.11-, 300m) Droga wiedzie systemem rys od samego początku do szczytu filara z którego większość zespołów zjeżdża z powrotem pod ścianę. Ale my mamy inne plany, przed nami jeszcze kilkaset metrów przygody. Łączymy Sunshine z drogą Buckingam która wyprowadza na grań a ta na szczyt Snowpatch Spire, później kilkoma zjazdami docieramy na lodowiec pod drugiej stronie Snowpatcha przy okazji lustrując jego zachodnią ścianę. Nazajutrz wracamy do miasteczka Golden.

bugaboos 2

Wspinanie na drodze “Sunshine Crack” 5.11-, 300m fot. Dawid Sysak
 bugaboos 3
Ostatni wyciąg Sunshine, trawers wyprowadza do pięknej rysy która wychodzi na szczyt filara. fot. Patryk Różecki

Aklimatyzację mamy już za sobą, wiedziałem że czas na coś ambitniejszego, Dawid od razu proponuje cel z grubej rury. Wschodnia 600 metrowa ściana Snowpatcha a na niej droga Sendero Norte. Ma 13 wyciągów, większość wiedzie terenem 5.10- 5.11+ ale są dwie mocne długości liny, wyciąg nr.2 i 6 wycenione na 5.12+. Kolejnego dnia podchodzimy pod scianę, Dawid rozprawia się ze skomplikowaną szczeliną brzeżną i otwiera nam drogę do góry. Po pierwszej wstawce w drugi wyciąg wiadomo już że nie będzie łatwo, resztę dnia poświęcamy na haczenie i patentowanie. Dawid kluczowego a ja trzeciego wyciągu. Wspinanie jest techniczne w cienkiej rysce na końcówki palców, asekuracja ciągowa a ruchy boulderowe, “mój” wyciąg podobny w charakterze ale znacznie łatwiejszy od kruksowego. Kolejnego dnia przechodzimy całą drogę, Dawid robi pierwszą 5.12+ w drugiej próbie, ja kolejny 5.11d na odlotach. Na kolejną 5.12+ mamy taki plan że ja będę atakował próbując OS i (według założeń planu) spadam witając się z gąską, magnezuje najważniejsze chwyty i znaczę kruksa przez okap. Na szczęście mam mocnego partnera który solidnie przechodzi sekwencję po małych krawądkach i jest 5.12+ FL. Chciało by się napisać że kolejne 300m ściany to już tylko proforma ale wcale tak nie było, krew tryska z pod paznokci, wyciągi są brudne i trudne. Pod ostatnią 5.11+ mam dość i chce do domu ale partner pokazuje nieustępliwość i konsekwencje w działaniu. Mokry przewieszony ryso-zacięcio-komin pada przy świetle czołówki. Na szczycie jesteśmy o 23:30, w dali błyska burza, jeszcze zjazdy drogą i obóz witamy o 4 rano.

bugaboos 4

Najtrudniejszy wyciąg drogi “Sendero Norte” 512+, w technicznej rysce na końcówki palców wspina się Dawid Sysak. fot. Patryk Różecki

bugaboos 5

Zespół po przejściu Sendero Norte, fot. Dawid Sysak

bugaboos 6

Wschodnia Snowpatch Spire to nasza ulubiona ściana, robimy na niej trzy przepiękne drogi. Obowiązkowa fota ze stałym bywalcem Snowpatcha. fot. Patryk Różecki

Wschodnia ściana Snowpatch to chyba najlepszy kawałek skały w całym rejonie, 600m litego mocno spionowanego terenu oferuje to co najfajniejsze w granitowym wspinaniu, ciągi rys, okapy i gładkie super techniczne zacięcia. Do tego nie ma tam prawie nikogo poza nami, skała bywa czasami brudna a rysy lekko zamszone. Robimy tam jeszcze dwie drogi Welcome to the Machine (5.11+ RP) i Power of Lard (5.12+, RP). Ta pierwsza jest równa i mocno wyceniona trzeba się wspinać przez wszystkie 12 długości liny. Kilka wyciągów to prawdziwe perełki, dziwne że prawie nikt tego nie robi ;) Lard to siedmio wyciągowy filar po prawej części ściany, całość lekko się przewiesza. Ostatnia rysa za 5.12 jest idealna, 40m klinowania rąk w przewieszeniu nabija powoli ale skutecznie by pod sam koniec zaserwować krótki balderek po niewygodnych klinach. Dawid robi OS, mi też udaje się czysto – czyszcząc przeloty. W rejonie kempu Applebee ruszamy się jeszcze trochę, robimy krótką ale bardzo ładną “Paddle Prow” gdzie udaje mi się przejść kluczowy wyciąg na rozgięciu ale w pierwszej próbie i w ten sposób mam pierwszy w życiu flash na 5.12-! Czas najwyższy przenieść się pod cel główny naszego wyjazdu – Turnie Howsera.

bugaboos 7

Specjalista od pokonywania szczelin brzeżnych w butach wspinaczkowych pod “Welcome to the Machine” fot. Patryk Różecki

bugaboos 8

Podejście pod Pigeon Feathers, na drugim planie East Creek Basin i dolna część Minaretu. fot. Patryk Różecki

East Creek jest zupełnym przeciwieństwem zatłoczonego AppleBee, przez pierwsze kilka dni oprócz nas jest tylko ekipa angielskich pro wspinaczy, mają grila, muzyczke i wykwintne żarcie, nic dziwnego przylecieli tu helikopterem. Zrzucamy wory, rozbijamy namiot i idziemy obadać Howsera. Trzeba przyznać że zachodnia ściana północnej turni robi wrażenie, nasz cel to droga “All along the Watchtower” ( 5.12-, 34wyc.) Wiedzie lewym krańcem tej 900 metrowej ściany. Opis jaki znalazłem na amerykańskim portalu Mountainproject.com brzmi dość groźnie:
 
“Droga jest poważnym przedsięwzięciem. Skomplikowane podejście pod ścianę (częściowo zjazdami), bez możliwości łatwego wycofu, brak stałych punktów i stanowisk. Pierwsze 10 wyciągów i połoga grań szczytowa uniemożliwiają holowanie sprzętu przez całą drogę. Linia zjazdów która prowadzi wschodnią ścianą turni i powrót terenem lodowcowym wymusza zabranie czekana i raków a długość i trudność drogi wymaga sprzętu biwakowego.
Wyciągi 16-22 prowadzą długim ok. 250m zacięciem o wystawie północno-zachodnim (zimno do godzin popołudniowych). Kumulują one główne trudności techniczne drogi (teren 6c-7a) zakończone trawersem pod okapem który klasycznie ma trudności ok. 7b/b+.”
 
Po przeczytaniu takiej recenzji noc poprzedzająca akcję górska mija mi bezsennie, na szczęście budzik nastawiony jest na 1:00 więc krótko się męczę. Po godzinie podejścia jesteśmy nad stanowiskiem zjazdowym prosto w paszczę lwa! Kolejna godzina i szpeimy się pod pierwszym wyciągiem, na czerwono zachodzi księżyc. Planujemy wejść wariantem który jest nieco bardziej ewidentny od oryginalnego bo wiedzie przepięknym kominem który bardzo spodobał się Dawidowi. Większość idziemy na lotnej, doceniam lekkość ruchów partnera który przechodzi kilka wyciągów parcha nie zrzucając mi na głowę nic większego. Nad ranem jesteśmy pod głównymi trudnościami drogi, wielkie zacięcie wygląda niesamowicie estetycznie, pionowo i trudno. Wspinanie w nim jest wymagające i bardzo urozmaicone łączy różne techniki w zależności od układu stopni, obłych odciągów oraz rysy w głębi zacięcia. Większość asekuracji ma ten sam rozmiar i tutaj faktycznie przydaje się dodatkowy zestaw camów w rozmiarze na palce. Stanowiska robimy po wypluciu się ze szpeju, wszystkie są wiszące. Plecaki holujemy na jednej z żył a na drugiej prowadzimy swoje wyciągi. Trudny trawers wypada nam na piątym lub szóstym wyciągu zacięcia, Dawid w pierwszej próbie pokonuje trudności które kumulują się w podchwytowo tarciowy boulder. Nie dowspinany robi jeszcze kolejny wyciąg 5.11+, żeby nie było za łatwo bierze na prowadzenie wypchany plecak. Według topo jest to wyciąg numer 20. Od tego miejsa droga już puszcza, idziemy najpierw kilka wyciągów na lotnej a później chowamy liny do plecaka i niesamowicie eksponowaną granią kierujemy się ku szczytowi. Około godziny 18 jesteśmy pod szczytem i lokalizujemy pierwszy zjazd na drugą stronę masywu. Kilka zjazdów i trochę schodzenia kruchym terenem doprowadza nas pod gigantyczną szczelinę brzeżną, po kilku kolejnych godzinach jesteśmy w namiocie. Wybór taktyki na lekko, bez sprzętu biwakowego zaowocował jednodniowym przejściem klasycznym które camptocamp zrobiliśmy w 19 godzin. Kluczowe było holowanie plecaków w zacięciu na jednej z żył i wybór dolnego wariantu drogi przez ewidentne kominy.

bugaboos 9

Wyjście z trudności na drodze “All Along the Watchtower” 5.12-, 34wyc. fot. Dawid Sysak

bugaboos 10

Ostatni wymagający wyciąg na “All Along the Watchtower” North Howser Tower. fot. Patryk Różecki.

Dalsza część wyjazdu mija nam w East Creek, oprócz północnej Turni Howsera jest tu jeszcze jedna poważna ściana – Minaret. Na tej 600-700m wieży jest kilka dróg, w większości mają odcinki hakowe ale jest jedna linia idąca środkiem ściany która przykuwa naszą uwagę – “Millenium” i jej łatwiejszy wariant “Millenium Escape, 5.12- 600m”. Po porządnym zrestowaniu ruszamy na zwiady, planujemy jak w przypadku Sendero, zapatentować kluczowe wyciągi i kolejnego dnia uderzyć pełną parą na szczyt. Niestety tym razem rzeczywistość weryfikuje nasze plany w dość brutalny sposób. Po pierwsze wspinanie na Minarecie jest naprawdę wymagające pod względem asekuracyjnym i praktycznie każdy wyciąg idzie wolno a flarowe rysy-dupy dają popalić palcom u stóp. Do tego wieje bardzo mocny wiatr od północy który nie daje szans na rozgrzanie i porządne wstawienie się w trudne wyciągi. Przewiani uciekamy na pobliskie Pigeon Feathers gdzie robimy piękną 6 wyciągową rysę Solitary Confidement (5.11 OS). podczas zjazdów spada mi but wspinaczkowy który zostaje w szczelinie brzeżnej na wieki. Wieczorem zaczyna padać śnieg, nad ranem jest go kilkanaście centymetrów. Na szczęscie mam co robić bo zapasowe buty są cały dzień drogi z naszego campu, wieczorem wracam z butami i sześciopakiem piwa.

bugaboos 11

Dawid na końcówce ciągowej rysy na pięści, “Solitary Confidement” 5.11, 6wyc. Pigeaon Feathers fot. Patryk Różecki

bugaboos 12

Na drodze “Fingerbery Jam” 5.12- Pigeon Feathers. fot. Patryk Różecki

Kolejny dzień skała schnie a my robimy kolejna krótką drogę Fingerberry Jam (5.12- OS). W końcu wbijamy w znów suchy Minaret, już po pierwszym prowadzeniu czuję że będzie ciężko, nie zrestowałem odpowiednio a do tego psycha coś wariuje w tych rysach-dupach. Zaczyna lekko posypywać śniegiem, mimo to Dawid idzie dalej – prowadzi piękny wyciąg przewieszonym terenem rodem z Ospu, tylko że miedzy dudniącymi stalaktytami zakłada się friendy.

bugaboos 13

Pierwszy wyciąg “Millenium Escape” na niesamowitej turni Minaret, droga nadal czeka na pierwsze polskie przejście. fot. Patryk Różecki

Do stanu doczołguję się z ciągnącym dół plecakiem, jestem wyrypany do zera, stopy palą. Deszczowe chmury, późna godzina oraz perspektywa wejścia w trawersy bez stanowisk i możliwości szybkiego zjechania dopełniają czary. Do tego koń pociągowy zespołu nie czuje się najlepiej. Pada decyzja o wycofie który robimy w popadującym deszczu. W obozie wychodzi słońce i trochę żałujemy. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy, helikopterem pod ścianę i nową drogą na szczyt. Podczas wyjazdu mieliśmy bardzo dobre warunki, przez większość czasu mieliśmy dobre okna pogodowe i jedno poważne załamanie z opadem śniegu pod koniec wyprawy. Taktycznie i logistycznie też udało nam się nie najgorzej rozplanować aklimatyzacje, rozwspin i poszczególne wyjścia w ściany a motywacja i spręż dopisywały aż do odcięcia ;) Zaowocowało to takimi przejściami:

  • 31.07.2016 – McTech Arette 5.10-, 200m, OS, 2,5h
  • 01.08.2016 – Sunshine Crack 5.11- 300m + 250m grani, OS 8,5h
  • 05.08.2016 – Sendero Norte 5.12+ 600m, PP, 14h
  • 09.08.2016 – Power of Lard 5.12+ 250m, PP, 6h
  • 12.08.2016 – Paddle Prow 5.12- 200m, FL, 3,5h
  • 12.08.2016 – Welcome to the Machine 5.11+, PP 600m, 12h
  • 16.08.2016 – All Along the Watchtower 5.12, OS 900m, 16,5h
  • 21.08.2016 – Solitary Confidement 5.11, OS 150m, 3,5h
  • 24.08.2016 – Fingerberry Jam 5.12-, OS 250m, 4h

Dziękujemy Komisji Wspinaczki Wysokogórskiej PZA oraz WKW za dofinansowanie wyprawy. Firmie Head Crash i firmie Monkeys Grip za wsparcie. Dzięki Tyszka&Wernik za wspólną podróż.

Patryk Różecki, WKW